Wpisy z kategorii 'modeling'

Paryż

 Kwestia modelingu

 Wakacyjne miesiące nie są najlepszym czasem na „modelingowy” pobyt w Paryżu.

 Duża konkurencja (przecież wszystkie dziewczyny, które z powodu szkoły nie pracują na full-time przyjeżdżają właśnie w wakacje), niewiele castingów (za wyjątkiem czasu trwania pokazów haute couture), a co za tym idzie – niespecjalnie dużo pracy (nie wspominając już o sierpniu, kiedy wszyscy mają tu wolne).

 Ale jest też sporo plusów – ładna pogoda, międzynarodowe towarzystwo i dużo czasu na odkrywanie miasta.

 W moim apartamencie w czasie największego tłoku mieszkało 8 dziewczyn. Jedne odjeżdżały, inne przyjeżdżały i w rezultacie była tu Amerykanka, dwie Rosjanki, Estonka, Szwedka, Holenderka, Słowaczka, Niemka i Chinka. Wieczorami prawie wszystkie rozmawiały z rodziną czy znajomymi na Skype w swoim języku, co dawało dość zabawny efekt…

 No i oczywiście jak zawsze nikt nie chciał mi wierzyć, że Ola to to samo co Aleksandra…

 

 my i Paris by night

  A tak nawiasem mówiąc dziewczynom z mojego apartamentu sezon się udał:

 

  od lewej – Liu Wien (Dior), Kathleen Aas (Givenchy), Liz Inger (Valentino), Gwen Loos (Lacroix), Hanna Rudolph (Chanel)

  Na mnie pora za rok :P

 Odkrywanie miasta

 Jeśli chodzi o sam Paryż, to po zaliczeniu punktów obowiązkowych, jak np. wieża Eiffla (w tym przypadku przeżyłam tzw. syndrom japońskiego turysty – przerost wyobrażeń ukształtowanych na podstawie filmów, książek i opowieści i związane z tym bolesne rozczarowanie po konfrontacji wyobrażeń z szarą rzeczywistością), najlepszym sposobem na poznanie miasta jest spacer po Montmartre (dzielnica artystów ze słynnym Moulin Rouge) czy Quartier Latin (dzielnica studencka z księgarniami, kafejkami, kinami i klubami jazzowymi, niedaleko Ogrody Luksemburskiego) z przerwą na lunch w którejś z restauracji (koło 13 wszyscy francuzi, choćby się waliło i paliło, rzucają wszystko i idą na lunch), by poczuć klimat tworzony przez wąskie uliczki i rozlokowanych na nich artystów, który tak zachwyca w Paryżu.

 

 No i nie zapominajmy skosztować croissantów czy pains au chocolat (coś jak croissanty, ale o innym kształcie i z czekoladą w środku), które niegdzie nie smakują tak jak te prosto wyjęte z pieca w Paryżu (polecam, także jeśli chodzi o bagietki, piekarnię St Paul), o serach, winach i ślimakach (których , sama, przyznaję się bez bicia miałam odwagi spróbować) nie wspominając.

Jako prezent dla znajomych warto kupić macarones – małe, okrągłe ciasteczka o różnych smakach, francuski przysmak. Najlepsze, ale i najdroższe można znaleźć w Laduree.

Dla osób niedbających specjalnie o linię gratką będą crepes, czyli ciasto naleśnikowe z różnorodnym nadzieniem, sprzedawane zarówno z małych budkach pod wieżą Eiffla za 3 euro, jak i w wersji ekskluzywnej w restauracjach., a także tarte tatin – placek z jabłkami – paryska specjalność.

Dobrym pomysłem, który staje się coraz bardziej popularny wśród turystów i mieszkańców miasta jest wynajęcie roweru. Wystarczy udać się do jednej z rozlokowanych co ok.300m, samoobsługowych stacji Velib i za pomocą karty kredytowej wnieść opłatę za podróż (1 Euro za 1 dzień, limit przejazdów nie ograniczony, jednak jeden przejazd nie może trwać dłużej niż 30 minut, w przeciwnym razie trzeba dodatkowo zapłacić) wraz z kaucją  Dla spragnionych kultury – w każdą środę wydawany jest informator kulturalny „Pariscope”, który można nabyć za jedyne 0,40 euro. Niestety – po francusku. Jest w czym wybierać, w Paryżu ilość teatrów, kin i sali koncertowych jest ogromna, jak na stolice kultury przystało. Ale również muzea to nie tylko słynny Luwr czy Muzeum d’Orsay. Każdy znajdzie cos dla siebie - kto nie skusi się na Muzeum Picassa czy Carnavalet (o historii Paryża), temu może przypadnie do gustu Muzeum mody i kostiumów, wina, erotyki, sztuki afrykańskiej i oceanii czy magii. Jeśli chodzi o życie nocne, to też nie ma na co narzekać, aczkolwiek moim zdaniem najfajniejsze były imprezy agencyjne. Myślę, że warto też przepłynąć się w nocy łodzią po Sekwanie i zobaczyć miasto z tej bardziej romantycznej strony, ale sama jeszcze nie miałam okazji…

Udało mi się za to załapać na pokaz fajerwerków odpalanych z wieży Eiffla z okazji 14 lipca (zdobycie Bastylii) i na „La Fete da la Musique” – Święto Muzyki odbywające się 21 czerwca, podczas którego wszystkie ulice Paryża rozbrzmiewały wszelkiego rodzaju muzyką – od klasycznej po rap.

  A w chwili wolnego czasu polecam odpoczynek w jednym z parków czy ogrodów, gdzie można nie tylko pospacerować, ale i pograć w tenisa czy karty, wypożyczyć zdalnie sterowaną łódkę.

 Polskie akcenty

Przy bulwarze Saint-Germain, a więc niedaleko naszego apartamentu, znajduje się polska księgarnia, gdzie można usłyszeć „Dzień dobry”! I nie tylko tam! Trzech fotografów, z którymi się zetknęłam mówiło trochę po polsku. Dlaczego? Bo ich byłe lub obecne dziewczyny to Polki! Dla stęsknionych za polskimi klimatami mogę dodać, że wyspa St-Louis jest ulubionym miejscem Polonii paryskiej – znajduje się tu Biblioteka Polska i Muzeum Mickiewicza, a także Hotel Lambert, niegdyś miejsce spotkań Wielkiej Emigracji. Natomiast pobliska wyspa de la Cite jest jedynym miejscem, gdzie pośród opisów atrakcji turystycznych w różnych językach można znaleźć też opis po polsku… Zdarzyło mi się także płacąc w sklepie w tych okolicach zostać zagadniętą przez sprzedawczynię, która po karcie płatniczej rozpoznała, że jestem jej rodaczką. I na koniec – słyszałam, że pod tym adresem - 263 bis Saint Honore, można znaleźć restaurację polską. Jak ktoś ma już dość wina, sera i ślimaków – można się wybrać na pierogi.

 Upss…

 Co mnie zaskoczyło w Paryżu?

 Przede wszystkim to, że wszystkie sklepy, łącznie z supermarketami są zamknięte w niedzielę (oczywiście dowiedziałam się o tym w niedzielę rano, kiedy chciałam wypełnić moją pusta lodówkę). 

 A także  wyprzedaże wakacyjne, które zaczynają się we wszystkich sklepach jednocześnie i sprawiają (co jest widoczne najlepiej w Galerii La Fayette czy Printempsie), że w paryżankach budzi się instynkt łowcy i jeśli stoimy im na drodze do upatrzonej, PRZECENIONEJ sukienki czy bluzki, liczymy się z tym, że możemy zostać staranowani. 

 Do autobusu natomiast trzeba wsiadać z przodu, przy kierowcy, a wysiadać na środku lub z tyłu. A ja zastanawiałam się czemu ludzie się na mnie dziwnie patrzą jak wsiadam z tyłu… (później uświadomiono mnie, że tak jest w większości krajów, zatem nie jest to żadna nowość). A także to, że w połowie lipca tereny nad Sekwaną zamieniają się w plażę. 

 Większość atrakcji turystycznych jest bezpłatna poniżej 18 roku życia, a Wersal, który naprawdę serdecznie polecam, choć sam pałac zwiedza się w strasznym ścisku i jest to wycieczka dla zaawansowanych, związana z zmienianiem metra na metro-podobne linie RER (a automat biletowy na stacji oczywiście nie przyjmuje banknotów, trzeba mieć MONETY, więc dalej szukać sklepu, żeby rozmienić pieniądze, ale to nie koniec utrudnień, sprzedawca oczywiście nie chce ich rozmienić, bo wie, że tak tego nie zrobi,  to musisz coś u niego kupić, żeby mieć drobne, bo - jakżeby inaczej – jest niedziela i tylko jego sklep jest otwarty!) jest bezpłatny do 26 roku życia po okazaniu dokumentu potwierdzającego obywatelstwo kraju należącego do UE. Ale uwaga, uwaga! Atrakcje turystyczne należące do sieci „Centre des monuments nationaux” czyli m.in. Łuk Triumfalny, Panteon czy Sainte-Chapelle NIE wpuszczają bez opieki osób poniżej 18 roku życia. Na moje pytanie, co mam w takim razie mam zrobić, skoro chwilowo nie dysponuję ani „teacher” ani „parents”, bardzo miła pani (kiedy już przestała udawać, że nie mówi po angielsku, co zdaje się być ulubioną rozrywką paryżan) odpowiada „No cóż, nie wejdziesz…” Spokojnie, Polak potrafi, trzeba sobie radzić w życiu, w związku z czym raz rodzicami byli wyłowieni na ulicy Niemcy, raz Szwedzi, raz nawet w akcie desperacji dorwałam Irańczyków, ale co chciałam zobaczyć – zobaczyłam.

 Aha i tak na przyszłość – gdy Francuz mówi „alf” ma na myśli nie kosmitę z amerykańskiego serialu telewizyjnego, a „pół”, czyli „half”. Natomiast  „angry” niekoniecznie oznacza, że osoba, z która rozmawiamy jest zła tylko po prostu głodna. Uświadomienie sobie tego oszczędzi nam wielu nieporozumień.

                                                            Ola Strączek

Sesja testowa SPP models

Oto film zmontowany z sesji testowej, czyli takiej którą organizuje się na potrzeby samych modelek - do budowy lub rozbudowy ich książki, zwanej “bookiem”.”Book” prezentuje możliwości modelki, i jeżeli brak w nim jeszcze publikacji - np. sesji do gazet zwanych edytorialami, szczególnie na początku kariery, do “booka” trafiają tzw. testy - czyli robocze warsztatowe zdjęcia zorganizowane dla modelek przez ich agencję.

CHARAKTER MODELKI. CZ. I. „MITY I PODANIA LUDOWE O MODELINGU.“

CHARAKTER MODELKI.  CZ. I. „MITY I PODANIA LUDOWE O MODELINGU.“

by Gabi K.

 

Było sierpniowe popołudnie. Spacerowalam po Wroclawskim rynku z moją przyjciółka i opisywałam jej wrażenie ze świeżo zdane prawo jazdy. Pamiętam, że miałam na sobie swoje ukochane pomarańczowe okulary przeciwsłoneczne, które nabyłam chcąć chociaż troche upodobnic się do Nikity; ulubionej postaci z serialu. Było słonecznie i ciepło. Nagle, nie wiem skąd pojawiła się przede mną młoda kobieta, zapytała czy może zająć mi chwilę. Nie wiedziałam o co chodzi. Ale zapamiętałam jej czapkę, szybko płynące słowa z ktorych dzisiaj wiele zapomnialam.. Jednak pamietam przesłanie..

przyjdz do nas do agencji.. nadajesz się na modelkę.. tutaj jest nasza wizytówka.. możesz spojrzeć na stronę, że jesteśmy ok…“

 

Jak w kazdym zawodzie tak i w modelingu funkcjonuje wiele mitów i steretypów. Większość z nich budowanych jest przez opowieści ludzi, ktorzy o tym zawodzie albo nie wiedzą nic albo bardzo niewiele. Gdy zapyta się przeciętnego człowieka co wie o modelingu, zapewne usłyszy się z jednej strony o pozytywach tej pracy; możliwości szybkiego dorobienia się wielkich pieniedzy, oszałamiającej karierze, drogich ciuchach, obracaniu się w zacnych kręgach, błysku fleszy, wielkich bilboardach.. Ale i z drugiej.. Że dziewczyny nie grzeszą inteligencją, niewiele muszą umieć, mają łatwą pracę, są zepsute i zlecenia zyskują najczęściej poprzez łózko, nie muszą się o nic starać, praca leży na ulicy, itp., itd.

Wiele dziewczyn skuszonych takimi obiegowymi opiniami i przekonaniem, że żeby być modelką wystarczy mieć ciekawą buzie i właściwe wymiary zgłasza się do agencji… i spotyka się z rozczarowaniem. Albo w ogóle rezygnują z podpisania umowy z agencją albo, po pierwszym wyjeździe gdy wiedza „powszechna“ zderza się z rzeczywistością, żądają rozwiązania tej umowy. Słuchając czy też czytając wypowiedzi wielu młodych dziewczyn dochodzę do wniosku, że niewiele jest osób, które zadają sobie trud sprawdzenia jak wyobrażenia na temat modelingu mają się do realiów. Prawda jest taka, że mało jest rzetelnych źródel informacji, w których osoby doświadczone dzielą się swoją wiedzą z innymi. Najczęściej spotykam się z pogłębianiem mitów i stereotypów jakie krążą wśród laików, nierzadko powtarzanych przez nich tonem fachowca z dwoma doktoratami.

 

Pamiętam, że gdy dostałam kartkę od scoutki pomyślalam sobie, że na pewno sprawdzę co to za strona. Sama nazwa agencja juz mi przywodziła na myśl konkretne skojrzania. A jeszcze te wszystkie zasłyszane historię o tych wykorzystujacych niewinne dziewczyny szefach, fotografach. Moje wątpliwości zmalały dość znacznie, gdy poznałam bliżej szefa agencji i dotarlo do mnie, że ten człowiek chce mnie promować a nie zaciągać do łóżka.

 

Przyjrzyjmy się zatem temu co faktycznie stoi za tymi powtarzanymi „prawdami“ o modelingu.

  1. Praca modelki to nie praca. Po pierwsze co właściwie kryje się za tym stwierdzeniem? Podejrzewam, że sam autor mogłby nie wiedzieć… Z reakcji, z którymi się spotykałam mogę wywnioskować, że chodzi o to, że praca modelki traktowana jest jako coś co jest przyjemnością samą w sobie, stanowi zajęcie relaksujące i nie wymagające żadnego wysiłku. A tym samym nawet nie powoduje zmęczenia.

To nieprawda. Po pierwsze, żeby w ogóle mieć pracę w tej branży trzeba się nieźle nachodzić – dosłownie. 8 castingów w ciągu dnia, każdy w innym zakątku modowej metropolii wymagają lekkoatletycznej kondycji. Po drugie, już na tej maratońsko wychodzonej sesji - po przebraniu sie w 50 ciuchów w ciągu 6 godzin, i zapozowaniu w każdym z nich na różne sposoby, bez przerwy na posiłek i często nawet bez czasu na toaletę nie wydaje się już żadnej modelce, że oto właśnie realizuje swoje życiowe marzenie. A do tego klient cały czas wymaga od niej świeżego spojrzenia, uroku i pozytywnej energii…

Modelki muszą oswoić się z powiedzeniem „waiting is part of my job“. Czekanie przez 8 godzin na pokaz, w tym przez 6 w pełnym makijażu i fryzurze, gdzie ani się nie zdrzemniesz, ani się nie położysz, ani nawet nie usiądziesz tak jak chcesz bo Twoje ruchy ograniczone są przez fryzurę – czy też kojarzy się to komuś z relaksem? Dodatkowo - nie można tak naprawdę opuścić terenu gdzie ma sie odbyć pokaz. A to wszystko dla tego kwadransu pokazu, tych kilkunastu minut w błysku fleszy. No jak to ? Przecież to nie może być męczące… Mit wyrósl z tego, że tylko nieliczni wiedzą co tak naprawdę dzieje się za kulisami wybiegu. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że te modelki nie przychodzą na godzinę przez imprezą, ale siedzą tam od rana. Co więcej, wiele z nich poprzedniego dnia w nocy wróciło do domu z pracy i wiedzą, że i jutro będą musialy wstać rano i wyglądać na wypoczęte i wyspane.

  1. Szybki i łatwy zarobek. Czyli, że w modelingu to pieniądze tak naprawdę leżą na ulicy. Ciekawe czy jakbym powiedziała, że w środowisku managerskim pieniądze leżą na ulicy to też by to przyjęto jako prawdę objawioną? Trochę wątpię. A jednak panuje powszechne przekonanie, że bycie modelką równa się bogactwu na miare rankingu Forbes’a. To, że znane od lat i rozpoznawane modelki pokroju Gisele Bundchen, Kate Moss, Heidi Klum zarabiają w milionach dolarów nie znaczy, że jest to standard w tej pracy i każda modelka też tyle zarabia. Po pierwsze - nie ma takich zasobów pieniężnych w budżetach reklamowych na całym świecie by każda z modelek mogła zarobić choćby 1000 dolarów rocznie. Po drugie wszystkie razem wzięte kampanie reklamowe przynoszące znaczące dochody są tak nieliczne, że mogłaby je obsłużyć jedna mała agencja modelek. To nie znaczy jednak, że w modelingu nie można w modelingu zarobić. Udaje się to jednak nie aż tak wielu. Na pieniądze w tym biznesie pracuje się systematycznie, zbierając ziarno do ziarnka. I na to potrzeba czasu, sił, wytrzymałości i cierpliwości..

  2. Wielka kariera. Nie każda dziewczyna przychodząca do agencji ma szanse zostać zauważoną w wielkim świecie, być rozpoznawalna jak Kasia Struss i stawać na czerwonym dywanie jak Doutzen Kroes. To szansa jak 1 : 10 000. Niestety. To zrozumiałe, że wiele młodych dziewczyn marzy by być taką jak Kate Moss czy Agyness Deyn. Tylko trzeba sobie uświadomić, że docierają do nas wiadomości zaledwie o jakimś promilu modelek, które rozpoznajemy. To przysłowiowy czubek góry lodowej w stosunku do ogromu dziewczyn jakie pracują na lokalnych rynkach czy gdzieś w świecie. Nie znaczy to, że to zajęcie nie ma sensu. Każda dziewczyna może mieć swoje pięc minut. Tylko nie zawsze jest to pięć minut w skali Małgosi Beli czy Anii Rubik. Zbyt wysokie ustawianie sobie poprzeczki może kosztować wiele – od zwykłego doła aż po anoreksję. Ponadto - w dzisiejszych czasach jest bardzo dużo młodych, obiecujących i pięknych dziewczyn myślących o karierze w świecie mody. Jest też o wiele więcej agencji niż dawniej. Tym samym łatwiej dziś stać sie modelką. Ich liczba rośnie jednak szybciej niż liczba prac dla nich. Warto o tym pamiętać, gdy po głowie chodzi to jak zostać jedną z 20 dziewczyn na pokazie Prady.

  3. Modelki nie są inteligente/mądre. Stereotyp ładnej dziewczyny, która nie musi mysleć ani się przemęczać bo wystarczy jej uroda szczególnie dotyczy modelek. Tymczasem modelka – jeśli istotnie chce coś znaczyć - musi być bystra, przewidująca, rozsądna i inteligentna by poradzić sobie i wytrwać w wyrafinowanym świecie show biznesu. Modelka musi mieć głowę na karku, nie tylko żeby trafić na casting przy pomocy mapy, nie tylko żeby nie zgubic się na lotniskach, żeby umieć załatwic sobie wizy, żeby wiedziec jak się zachować na castingu, żeby wiedzieć jak należy postepować w pracy, żeby przyswajać sobie obce języki. Musi być mądra i mieć osobowość po to by umieć odróżniać prawdę od bujd i czczych obietnic. By realnie oceniać własną sytuację.

  4. Modelka robi karierę przez łózko. To mój jeden z ulubionych stereotypów, zaraz po tym w punkcie 4. Niechlubna sława tego mitu urosla jeszcze po cyklu programów emitowanych w TVP pt. „ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym“, który został nakręcony w 2003 roku. I ukazał to niby prawdziwe oblicze swiata modelingowego. Warto powiedzieć w tym miejscu, że modelka rozdająca hojnie swoje wdzięki, próbująca zrobić karierę przez łózko wkładana jest na półkę, na której trwale pozostaje. Z niej bardzo trudno wybić sie wyżej. Szybko łapie się tam etykietę, która co najwyżej doprowadzi do powiększania się się wokół niej grupy amatorów łatwych przygód. A oni zazwyczaj nie są znani ze słowności w dotrzymywaniu obietnic.

Nowy Jork i Londyn z perspektywy modelki - porównanie (okiem i piórem Jagody)


Kiedy modelka wybiera miejsce, w którym ma zamiar rozwijać swoje skrzydła, nieustannie zadaje sobie pytania: czy trafi na właściwy dla siebie rynek, czy podoła nowemu otoczeniu, a w końcu czy pojawi się w odpowiednim czasie w danym miejscu.. Moim zadaniem było porównać dwie światowe stolice mody: Londyn i Nowy Jork aby ułatwić choć trochę wybór.

 

Dziś często mówi się że Londyn staje się nowym Nowym Jorkiem, ale usłyszeć można także opinie o tym, iż Nowy Jork przyjmuje coraz więcej cech z odległych wysp brytyjskich? Według mnie choć Londyn powoli dogania Nowy Jork w każdej dziedzinie (bezsprzecznie oba miasta stanowią finansowe, kulturalne i kulinarne stolice świata), to jednak utarta w XX wieku, dominująca pozycja Nowego Jorku, wciąż nie pozwala brytyjskim wyspiarzom na spokojny triumfalny sen. Dla mnie zdecydownie Nowy Jork spełnia amerykański sen w 100%, a biorąc pod uwagę pracę jako modelki-gdy zacznie się tam pracować, przestać już bardzo trudno..:)

 

Oczywiste jest iż modelki pochodzące z Europy, przy wyborze: NY a Londyn, zapewne zdecydują się na pierwsze miasto. Chciałabym powiedzieć iż nam, europejkom, o wiele latwiej przychodzi aklimatyzacja na wyspach brytyjskich, ale niestety, biorąc pod uwagę słowa usłyszane od innych modelek, w USA szybciej wkręcić się w „modelingowanie“.  Jednakże jest to modeling zdecydowanie mniej „zaangażowany“ niż ten jaki ma miejsce w Europie. Już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze codzienne castingi są skoncentrowane na Manhattanie, w obrębie centrum miasta, a metro umozliwia niesamowicie szybką komunikację. W przypadku Londynu, gdzie metro łączy się z koleją nadziemną i koleją kursującą na peryferiach miasta, gdzie też są castingi, dla dziewczyn zaczynających, tudzież niedoświadczonych może nieść to swojego rodzaju uniedogodnienie i sprawiać w pierwszych dniach niemale trudności, jednakże dwać im ogromny bagaż doświadczeń na przyszłość. Po drugie w Londynie po dwóch tygodniach można poznać większość klientów, zajmujących się bookowaniem dziewczyn do głównych brytyjskich magazynów, podczas gdy w NY, po dwóch tygodniach poznani edytorzy, fotograficy,  to igły w stogu siana.. Po trzecie. W Londynie pracując można skupić się na karierze modelingowej gdyż agencje podchodzą indywidualnie do modelek, w NY naprawdę ciężko stać się kimś ważnym dla agencji, wśród tysiąca dziewczyn próbujących sił na rynku mody.

 

 

A teraz czas na konkrety. Wielokrotnie słyszałam pytanie: na jak długi okres czasu trzeba wyjechać i jak długo trzeba być aby zacząć pracować.

Agencje Londyńskie zazwyczaj starają się aby dziewczyna zaczynająca pracę jako modelka przyjechała na minimum miesiąc. Jest to wystarczający czas aby zarówno poznać klientów, zrobić nowe zdjęcia, wzbogacające książkę i wreszcie aby zacząć pracować. Po tym okresie, jeżeli modelka nie zacznie pracować może zdecydować się na pozostanie i dalsze próby, albo wyjechać.. Zazwyczaj 70% modelek przedłuża wyjazd gdyż pracy, nawet jeśli nie stricte Fashion, to komercyjnej, na Wyspach jest niemało.. W przypadku modelek już z jakimś stażem, agencje zgadzają się na 2-3 tygodniowe pobyty a nawet i krótsze:)

 

Do Nowego Jorku wyjechać jest zdecydowanie trudniej. Po pierwsze wiza. Niby błahostka a jednak. Nie będę wnikać w cały proces wizowy ale trochę trzeba się nabiegać. Szczególnie jeśli nie jest się z Warszawy tudzież Krakowa, gdzie mieszczą się Ambasady USA. Wize turystyczną dostać nie jest trudno jednak wizy pracowniczej mozemy nie ujrzec nigdy… Jest to proces dlugi, żmudny i często spędzający sen z powiek.. Listy rekomendacyjne od minimum 15-20 klientów, fotografów, make-upistów, stylistów z ktorymi pracowało się nie tylko w Europie ale i na świecie, minimum 60 zdjęć z edytoriali, plus pisma prawnicze, no i jakieś 3000$..dla startującej modelki jedynie wiza turystyczna jest szansą na prace. Jednak jeżeli marzy się o Fashion Weeku i wybiegach bez wizy pracowniczej legalnie ani rusz! A ile warto być w Stanach? Jak długo się da..;P

 

Jeżeli mowa o warunkach mieszkaniowych, zarówno w Londynie jak i NY, agencja zapewnia modelce mieszkanie. Oczywistym jest to iż mieszka się z innymi dziewczynami. Chyba każda modelka przywykła do „małych kolonii“;)

W Londynie pokoje dzieli się zazwyczaj z niewielką ilością modelek, a nawet i tylko z jedną, jednak w USA często pobudce towrzyszy akompaniament 4,5,6 dziewczyn..

Niemniej jedno należy podkreslić: różnice w rozmiarze i standardzie mieszkania. W Londynie zaniedbane i dość zniszczone mieszkania mają po max 25metrów2, w USA w pełni wyposażone w elektryczne odogodnieniania, nowe apartamenty zajmują niemniej niż 100metrów2 ..:)  Z mojego doświadczenia jedno mogę zasugerować dziewczynom, ktore wyjeżdzają na modelingowanie: postarajcie się w Londynie same znaleźć lokum jesli wiecie juz, ze zaczynacie pracowac-choc wykladacie pieniadze z własnej kieszeni, bedzie o wiele taniej, a agencja napewno doceni (zdecydowanie woli się modelki same dbające o swoje zakwaterowanie bo można polegac na ich samodzielności). W NY samemu raczej ciezko jest znalezc cos tanszego niz agencyjne mieszkanie, więc poczatkowo odradzam takowych poszukiwań;)

 

Przechodzac do kwestii książki.  Londyn: zdjęcia komercyjne (+fashion). Nowy Jork: fashion (+komercja). Tak podsumowuję po krótce oba rynki. Oczywiście podczas fashion weeku wszędzie bardziej liczą się zdjęcia z edytoriali jednak w Londynie widać dominację zdjęć, które pokazują bardziej komercyjne odsłony dziewczyn (dzięki którym modelka ma szansę zdobyć pracę w reklamie szamponu, balsamu, maskary), a w Nowym Jorku bardziej docenia się czarnobiałe zdjęcia ukazujące ciut więcej wnętrza, osobowości modelki. Naturalny urok mile widziany co stanowi przeciwieństwo londyńskiego perfect photoshopowego wizerunku. Ale jedno podkreślę: wszystko zależy od agencji i od dziewczyny. Nie zawsze wybory agencji dotyczące zawartości książki uważałam za słuszne, jednak bez wiedzy o rynku należy w 100% ufać agencji -inaczej zero szans na jakąkolwiek pracę..

 

Castingi: W Londynie trzeba się trochę naszukać aby znaleźć miejsce spotkania. Kody przypisane do każdej ulicy należy uważnie śledzić aby nie trafić na ulicę o takiej samej nazwie znajdującej się na drugim końcu miasta. Natomiast ulice na Manhattanie tworzą kratę - z północy na południe ciągną się aleje, ze wschodu na zachód przecinają je ulice. Nie sposób zabłądzić. I dobrze, bo aby zrozumieć to wielobarwne miasto, trzeba przemierzyć je na własnych nogach. A rada na castingi..hmm.. Coraz częściej można usłyszeć porównanie, że Nowy Jork jest jak staromodny Woody Allen w nieśmiertelnym sweterku w serek, natomiast Londyn to wibrująca energią i pomysłami młodziutka Lily Allen..I chyba cos w tym jest..W Londynie liczy sie styl, wariacja-trzeba jakoś wyróżnić się na castingu. Może to będzie zwariowany kapelusz, a moze zielona kurtka w truskawki, niemniej bezwzględu na to jak inni bedą się patrzeć na Ciebie, warto być sobą i wyrażać to w ubiorze, stylu zachowania. NY jest bardziej zachowawczy- wszechobecna czerń, szarość, prostota, klasa, a nawet szyk z ukrytym vintage’owym smaczkiem w postaci jakiegoś elementu ubioru, z wyraźną metką od „wielkiego“ projektanta- mile widziana:) Aby nie przerazić dziewczyn zaczynających przygodę z modelingiem: kieszonkowe, które agencja w USA co tydzien wręcza modelce (oczywiście licząc na spłatę długu w momencie rozpoczęcia pracy) spokojnie starczy wam na coś markowego, bo co najważniejsze: Nowy Jork to miasto, w którym życie jest o wiele tańsze niż w niebotycznie drogim Londynie, a na markowy detal jest tam o wiele tańszy i pozwolić może sobie na niego może każdy obywatel.

 

Co jeszcze mogę dodać. W Londynie trzeba przywyknąć do ruchu drogowego w zupełnie przeciwnym kierunku i.. do malej aktywności życia nocnego. W Nowym Jorku imprezy po calym dniu castingowania to coś oczywistego i jakże strasznego dla niedoświadczonych młodziutkich modelek. W NY grono „promotorów“ stara się, aby dostać numery telefonów nowo przybyłych dziewczyn, a potem już tylko chwila i codzienny sms: „How are? Today we have dinner-party. Join us“ staje się chlebem powszednim. Należy byc jednak bardzo ostrożnym, gdyż agencje nie popierają owej działalności „promowania modelek na imprezach“ i mogą niechętnie przyglądać się tak postępującym dziewczętom.

Co jeszcze…Nowy Jork to nie tylko aglomeracja, to idea, niepowtarzalny tygiel, to radiolatarnia dla całej reszty świata, to miejsce, które ma wielką osobowość, w którym każdy może czuć się nowojorczykiem. W Londynie ciężko się zaasymilować.

“Legenda Nowego Jorku oczarowuje nawet tych, którzy nigdy w nim nie byli”-dla mnie niemożliwy jest całościowy opis nowojorskiego klimatu. Nowojorczycy są tak różni - mówią mnóstwem języków, pochodzą ze wszystkich możliwych regionów Stanów Zjednoczonych i z niezliczonych krajów świata. Biali, czarni, brązowi, żółci i czerwoni. A jednak mają ze sobą więcej wspólnego niż mieszkańcy któregokolwiek innego wielkiego miasta na świecie. Dziwnie się składa, ale Nowy Jork to miejsce, w którym prawie nikt z jego mieszkańców się nie urodził. Nowojorczykiem człowiek się staje, kiedy się tutaj osiedla. Nie bez powodu jest nazywany stolicą Świata- jest on puzzlami, które układają Narody Świata.

Ulice NY wypełnia energia, która sprawia, że nagle wszystko wydaje się możliwe. Billy Joel śpiewał kiedyś, że “Nowy Jork to stan umysłu”. Miał rację. A Londyn..coż zazwyczaj zimny, deszczowy, brudny i szary..ale angielskiego akcentu, luźnego stylu, sposobu życia i rodzinnej atmosfery na sesjach zdjęciowych-nie sposób nie polubić a nawet i pokochać!

I tyle moich opowieści, a najlepiej, jeśli ma się możliwość, wszystko samemu sprawdzić w realu:)

Następna strona »